książki

„Gen atlantydzki” – A.G.Riddle odkrywa przed nami zagadki przeszłości.

   Co tak naprawdę spowodowało epidemię „hiszpanki” w 1918 roku? Co zostało odnalezione w lodach Antarktydy? Nad jaką bronią pracowali naziści jeszcze przed Pierwszą Wojną Światową? Ta książka to taki trochę Indiana Jones, tyle, że bohaterką jest kobieta, genetyk, próbująca rozgryźć zagadkę autyzmu. Mamy tu tajną organizację szpiegowską, czy może raczej antyterrorystyczną, dziennik zaginionego odkrywcy i naukowca, agentów, którzy nagle odkrywają, że nie po tej stronie stoją i w ogóle dużo się dzieje. Dodałabym tę książkę do tego, co pisze Clive Cussler, czy James Rollings i z przyjemnością sięgnę po kolejne tomy, ponieważ „Gen atlantydzki” to pierwsza część trylogii.

Fabuła: Doktor Kate Warner ma pod swoją opieką grupę dzieci autystycznych, które pokochała jak własne. Wykupiła je od rodziców, zabrała do nowej kliniki i próbuje odkryć gen odpowiedzialny za ich chorobę. Wyniki jej badań mogą nie tylko zachwiać równowagą na świecie, ale spowodować śmierć 99 % ludzkości, jednak ona o tym nie wie. Nie wie również, że jej klinika (gdzieś w biednym azjatyckim kraju) powstała tylko dlatego, że ktoś niecierpliwie czeka na jej odkrycia.  Kate jest oddana swojej pracy, a to, co robi pozwala jej oderwać się od przeszłości, o której najchętniej by zapomniała.

W tym samym czasie gdzieś na Antarktydzie w starożytnych tunelach, znajdujących się głęboko pod lodem trwają prace badawcze nad dziwnym urządzeniem, które po włączeniu zabija wszystkich znajdujących się w komorze.  Dlaczego naukowcy mimo to powtarzają eksperyment? Ponieważ przypuszczają, że jest na świecie człowiek odporny na to coś.

David jest członkiem tajnej organizacji, żołnierzem, strategiem, ale też człowiekiem z mocnym kręgosłupem moralnym. Gdy upewnia się, że jego firma jest odpowiedzialna za międzynarodowy spisek, postanawia wkroczyć do akcji. Wie, że Kate Warner jest dla Immari bezcenna i że za żadne skarby nie może się dostać w ich ręce. Odnajduje ją i  próbuje przed nimi ochronić, ale nie jest łatwo, bo Kate jest poszukiwana przez wszystkich. Potem mamy ucieczki i pościgi, odkrywanie nowych fragmentów tajemnicy,  mnóstwo emocji, aż do finału.

   Muszę się do czegoś przyznać: otóż, dostałam kod promocyjny na tę książkę – audiobook (całkiem przyjemnie czytał Mariusz Bonaszewski) i zaczęłam go słuchać tylko dlatego, że akurat nie miałam niczego innego. I wciągnęłam się. Trudno mi oceniać, jak powieść się czyta, ponieważ audiobooki wpadają nam do ucha mimochodem. Jeśli się trafi fragment słabszy, to się wyłączymy, jak lepszy, to z wrażenia nawet możemy przerwać wykonywaną pracę. Przynajmniej u mnie to tak działa. Lubię słuchać audiobooków w samochodzie, a ponieważ spędzam w nim całkiem sporo czasu, to ostatnio przesłuchałam już wszystkie swoje zapasy. Podsumowując: gdybym miała porównywać ”Gen atlantydzki” do powieści Cusslera (np. Sahara, Odyseja trojańska) to powiedziałabym, że Riddle całkiem szczegółowo przygotował się do uwiarygodnienia wątków. W te wszystkie niesamowite rewelacje wprowadza nas powoli, jakby kuchennymi drzwiami i dzięki temu nie brzmi to jak czyste szaleństwo, ale dość wiarygodna teoria (oczywiście bez przesady). Bardziej odpowiada mi też jego styl pisarski i bohaterowie” Genu” wydają się prawdziwsi. Z pewnością to książka z gatunku „męskich”.

   Teraz trochę się po czepiam. Momentami niestety się gubiłam, a tego nie lubię. Zanim ponownie odkryłam, w którym miejscu akcji jestem, lektor musiał przeczytać pewnie z pół strony. Autor postarał się, żebyśmy wiedzieli, w której bazie jesteśmy, jednak wkradł się tam jakiś chaos. Poza tym niektóre wywody były do bólu rozwlekłe, a autor na siłę starał się przekonać czytelnika, że to, o czym pisze, jest samą prawdą.  Ale całokształt dobry i przede wszystkim na tyle interesujący, że pomimo mankamentów koniecznie trzeba się dowiedzieć o co chodzi z tym genem.  Tak 6,5/10 gwiazdek.

  I na koniec kilka słów o autorze: A.G, Riddle jest z zawodu informatykiem i przez wiele lat pracował przy rozległych projektach informatycznych. To – jak sam mówił – pozwoliło mu na skonstruowanie tak skomplikowanej fabuły i nie pogubienie się. Autor tak po prostu rzucił pracę i przez 2,5 roku pisał. Książkę wydał własnym sumptem i choć nie posiadał agenta i nie zrobił żadnej reklamy, sprzedał ponad milion egzemplarzy. Przekonał się, że może być wziętym pisarzem i teraz pracuje nad kolejną trylogią. Taki mały cud 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s